poniedziałek, 17 lutego 2014

May the road rise up to meet you!*

Chyba nie istnieje na świecie lepszy kraj do łapania stopa niż Irlandia! Przekonywałam się o tym wiele razy podczas tych kilku tygodni podróżowania. Pierwszy stop, złapany z Kenmare na pole namiotowe Faungorth (do którego w sumie nie było tak daleko, ale nasze wrodzone lenistwo wzięło górę) łapałyśmy maksymalnie 20 minut, a potem… potem było już tylko lepiej!


Faungorth Activity Centre
Broszurkę mieli całkiem profesjonalnie przygotowaną! Kolorowa, z mnóstwem zdjęć i cennikiem, wydawała się być dobrym źródłem informacji. Cena za postawienie namiotu: 7 euro, do tego kawiarenka, butik, pole golfowe, łazienka(!), fitness, yoga… mnóstwo zajęć dla rodzinki z dziećmi! Idealne miejsce na przedmieściach Kenmare w hrabstwie Kerry. W sumie to nie zamierzałam korzystać ze wszystkich tych udogodnień, ale miejsce nęciło swoją wspaniałą ceną. Postanowiłyśmy więc razem z moją bratanicą Natalką ( w tym miejscu pozdrowienia!), że kierujemy się właśnie do Faungorth Activity Centre!


Cóż… po dotarciu na miejsce, mi chciało się śmiać, a Natalce płakać! Faungort owszem miał pole golfowe (nawet dosyć duże), butik (szmateks), kawiarenkę (otwartą tylko w piątek i poniedziałek), oraz fitness ( raz w miesiącu, gdy zbierze się odpowiednia liczba chętnych), ale rzeczywistość znacznie odbiegała od naszych oczekiwań. Recepcja mieściła się w stodole, a była ona postawionym po środku stołem z komputerem przy którym siedział uśmiechnięty recepcjonista ze szczeniakiem. Na ścianach stodoły namalowane były tańczące kobiety, a za „recepcją” stały stare meble, stół do ping ponga i mnóstwo innych rzeczy, których przeznaczenia niestety nie znam.


Namiot morderca!
Miałyśmy szczęście, bo trafiłyśmy akurat na dzień otwarcia kawiarenki i właścicielka poczęstowała nas ciastem bananowym z bakaliami. Po uzupełnieniu węglowodanów rozbiłyśmy namiot i zaczęłyśmy szykować się do snu. Aby uchronić się od mocnego, irlandzkiego deszczu (padającego codziennie) postanowiłyśmy dodatkowo otulić namiot folią malarską, która nie przepuszcza powietrza, ale my miałyśmy się dopiero o tym przekonać…


Obudziłyśmy się w środku nocy. Było zimno, jak to zwykle w nocy w namiocie, ale coś było nie tak… Bolały nas strasznie głowy, miałyśmy zadyszkę jak po długim wyczerpującym biegu, kołatanie serca i mnóstwo innych niespecjalnie przyjemnych objawów. Próbowałyśmy zasnąć, ale zamiast tego byłyśmy w jakimś innym wymiarze, takim kiedy człowiek nie śpi, ale też nie jest świadomy. To było jak jazda na karuzeli, ale nie takiej jakie przyjeżdżają na „Dni Głuchołaz”, tylko na prawdziwym, wielkim Roley Coasterze, jak Black Mamba w Phantasialandzie w Niemczach. Nad ranem stało się to już nie do wytrzymania, więc postanowiłam wyjść przed namiot i może się przespacerować, żeby poczuć się lepiej. W momencie w którym rozpięłam wejście do namiotu i uderzył we mnie podmuch rześkiego powietrza, doszło do mnie jak wielkim „geniuszem” okazałam się poprzedniego dnia owijając namiot taśmą. Przez folię namiot nie miał odpowiedniej wentylacji i okazał się „komorą gazową” w wersji Do It Yourself „Zrób to sam”.


Are you going to Caherdaniel? Oh my Good!
Ring of Kerry to naprawdę wąska droga. Często po obu stronach rośnie żywopłot lub krzaki więc dwa samochody mają zwykle problem z wyminięciem się. Problem miał również Michael, kierowca który zabrał nas z Kenmary i podwoził do Caherdaniel, niewielkiej wioski nad brzegiem Oceanu Atlantyckiego tuż przy drodze Ring of Kerry (Chyba jedynej głównej drodze w hrabstwie Kerry). Michael pochodził z Caherdaniel i jak tylko usłyszał, że tam zmierzamy zaoferował się znaleźć nam pole namiotowe, dodatkowo zawiózł nas do swojego domu, zrobił nam herbatę, poznał z rodziną, dał nam jeść i wypytywał o wszystko o co tylko mógł. :)


Dowiedziałyśmy się, że niedawno miał rocznicę ślubu (z której zostało dużo ciasta, którym nas poczęstował), ma dwóch synów i mieszka obecnie w Anglii, a do rodzinnej wioski przyjeżdża często na wakacje. Wioząc nas na pole namiotowe pokazał nam przy okazji najlepszy Pub w mieście, oraz wymieniał setki zastosowań Guinessa. Dowiedziałam się, że z piwa można zrobić ciasto, co było dla mnie dużym szokiem. :)


Ach,  śpij przy szumie fal…
Pole namiotowe było tuż przy plaży, właściwie to było słychać z niego szum oceanu. Caherdaniel było małą wioską, ale domy nie były skupione przy sobie, tylko rozrzucone w pozornym bezładzie po okolicznych wzgórzach. Słońce chyliło się już ku zachodowi, tak, że na początku myślałam, że zginie pożarte przez morze. Lecz ono sprytnie zakołowało na niebie i ukryło się gdzieś za ciemnymi, tajemniczymi górami rzucając ostatnie tęskne refleksy na opadające do oceanu stoki zielonych wzgórz Hrabstwa Kerry. My, leżałyśmy na plaży, opróżniając puszki Dutcha Golda i po prostu cieszyłyśmy się z tej niezwykłej chwili, która w sumie dla każdego była inna, bo każde oczy widzą coś innego.



*" May the road rise to meet you" - Niech droga znajdzie cię sama -  początek błogosławieństwa Irlandzkiego.
Autostopem po Zielonej Wyspie, 2013

6 komentarzy:

  1. Epicka Notka *_*

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, epicka, z pazurem. Powiedzieć można nawet trochę poetycka.
    Tak trzymać!

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajne,kiedy dalszy ciąg?

    OdpowiedzUsuń