poniedziałek, 17 marca 2014

God bless the Ireland!*

Było popołudnie. Odpływ. Kutry stały teraz na brudnym piachu, normalnie przykrytym przez morze. Wokół ich niebieskich burt walały się kępy wodorostów i czarnych pozlepianych muszli małż. Białe mewy latały nad małym porcikiem skrzecząc przeraźliwie, a ludzie chodzili tam i z powrotem po wąskich, kamiennych uliczkach. Nic nadzwyczajnego, normalny dzień w Youghal, pełen krzyczących dzieciaków. 


Odpływ zaskoczył wiele małych, srebrnych rybek. Kotłowały się teraz w nielicznych, szybko znikających kałużach. Walczyły o życie obok tych, którym zabrakło sił. Wśród całego tego zamętu była jedna kobieta. Chodziła od kałuży do kałuży łapiąc spanikowane rybki do białego wiaderka. Następnie odchodziła parę metrów do brzegu morza i wypuszczała je na wolność.
- Ciężko jest uratować je wszystkie, ale przynajmniej ocalę te, które dam radę – powiedziała do mnie, gdy zauważyła, że się jej przyglądam. – Pomóż mi je wypatrzeć.
W ten sposób obok wywróconych kutrów rybackich, na przystani, ruda kobieta w fartuchu ratowała małe, z pozoru nic nie znaczące rybki.


- Wyspa Valentia? Nie kojarzę, wklep mi to w nawigację. – oznajmił nowopoznany kierowca, który zabrał nas z Caherdaniel.
Dobra, podskakując na wybojach usiłuję wpisać nazwę w GPS co wcale nie okazuje się takie proste, bo moja dysleksja daje o sobie znać. Wpisuję odpowiednio: Valencia, Valensia, Valenshia oczywiście ani razu nie wpadłam na to aby użyć litery „t” na szczęście kierowca przychodzi mi z pomocą. W końcu chyba połapał się o jaką wyspę mi chodzi J


Wysadził nas obok stacji benzynowej z której było już dobrze widać wyspę, na którą zmierzaliśmy. Kupiłyśmy sobie po kawie i usiadłyśmy na ziemi obok z zamiarem zjedzenia śniadania. Tradycyjnie… pasztet! Jak dobrze, że w Youghal był polski sklep i mogliśmy zaopatrzyć się w tą najbardziej uniwersalną rzecz ratującą zawsze i wszędzie. Pasztet! Jak jesz pasztet dłużej nic tydzień to znaczy, że jesteś w podróży. 
Jedząc jeszcze kanapkę, tak pro forma postanowiłam łapać stopa sądziłam, że tradycyjnie poczekamy jakieś pół godziny. Tymczasem podeszłam do drogi, wyciągnęłam kciuka i…. w tym momencie zatrzymał się samochód! Nie zdążyłam nawet dobrze wyciągnąć ręki! Zawołałam do Natalki, że mamy auto! W odpowiedzi usłyszałam tylko:
- Co…?! – i odgłos wywracanego plecaka.
Starsze małżeństwo jechało prosto na wyspę Valentię! (Pomijając fakt, że była tam jedna droga, prowadząca tylko na wyspę Valentię) Magia stopa zaczyna działać.

Miasteczko Portmagee przy Valentii i promy płynące na Skellig
Fale, Skellig i klify
Parka wysadziła nas na moście obok Centrum Informacyjnego Skellig. Jeszcze w aucie opowiadali nam wiele o tych dwóch maleńkich, skalnych wyspach wynurzających się z oceanu. Większa z nich była kiedyś mnisim monastyrem, całkowicie odciętym od świata. Mężczyźni tkwili sami pośrodku fal, w zbudowanych własnoręcznie kamiennych domach, jedzenie dowożono im łódką, a oni sami nigdy nie schodzili na ląd. Byli zdani tylko na siebie pośród bezkresu fal. Patrząc na wyspy Skellig, w oddali majaczące na horyzoncie myślę tylko o jednym: sztormie. Wielkie, potężne fale zdolne byłyby przykryć w większości te maleńkie wyspy. Jak ci ludzie sobie tam radzili? Jak przeżywali odcięci od świata, w nieszczelnych domach, pośród rozszalałego oceanu? Kiedy jedna, silna fala zdolna byłaby odłupać część z czarnych, sterczących iglic wysp Skellig.

Wybrzeże wyspyValentii, w oddali wyspy Skellig
Niestety tym razem nie dane nam będzie zobaczyć wysp z bliska, bilet na prom kosztuje ponad 50 euro, a to wielokrotnie przerasta nasz budżet. Cóż, jest powód aby jeszcze wrócić w te strony! Wychodząc z Informacji zaczynamy rozglądać się za miejscem do rozbicia namiotu. Valentia, nie wydawała się taka duża kiedy oglądałam ją jeszcze z okien samochodu. Teraz, szybko zmieniam zdanie. Idziemy w górę wyspy powoli przechodząc wzdłuż stromych klifów, o które z hukiem rozbijają się fale morskie. Próbuję złapać na stopa autobus, ale nie wychodzi, więc musimy liczyć na własne nogi J


- Tutaj możecie się rozbić – kobieta pokazuje nam skrawek zieleni kilka metrów od skraju klifu.
Natalka przygotowuje jedzenie (chleb z… pasztetem! ), a ja próbuje rozbić namiot, co wcale nie okazuje się takie proste. Silny wiatr wiejący od oceanu skutecznie uniemożliwia mi dopięcie śledzi. Gdy tylko przypnę jedną stronę, druga podrywa się w górę wyrywając wszystkie linki! W końcu postanawiam dołożyć kamienie na linki, aby te nie odpadały, ale to na nic… Nagle wiatr całkowicie wyrwał folię, a namiot strzelił mi „ z liścia” w twarz. Sytuacja była opłakana. W końcu jednak przy użyciu cegieł, kamieni, plecaków i Natalki udało mi się rozbić namiot. Wiatr wciąż jednak targał nim niemiłosiernie, zaczęłam bać się trochę o naszą noc.

Wymarzone miejsce na namiot!
Ścieżki, których nie ma…
Gdy tak mocowałyśmy się z namiotem nagle podjechał do nas bus. W środku siedziała ta sama kobieta która pokazała nam miejsce na rozbicie namiotu, kilkoro nastolatków, oraz dwie deski surfingowe.
- Jedziemy na plażę pozbierać małże, możemy podrzucić was na fajne klify, chcecie?
- Jasne!
- Magda, a co z rzeczami…? – słyszę głos Natalki. –  Nie możemy wszystkiego tu zostawić…
- Chrzanić to! – wbiegam z aparatem do busa.
- Ale… - wciągam ją za sobą nie słuchając sprzeciwów.
W tym momencie nienawidzę tego namiotu. Dopiero potem zaczynam się trochę bać, czy aby wiatr go nie porwie i w sumie… forsa… paszport… także tego…

Wyspa Valentia

Wysadzili nas przy wejściu na klify i pojechali zapraszając do siebie wieczorem. My szybkim krokiem weszłyśmy na urwiska, które nie były tak strome jak te, które mijałyśmy w drodze. Porastał je zielony mech, w dole leżały okruchy skalne i głazy, które raz po raz przykrywały fale morskie. Przy krawędzi urwiska stało kilka tablic opisujących przygody wikingów, niegdyś mieszkających na wyspie Valentii, oraz mapa kilku ścieżek prowadzących przez klify na pobliskie torfowiska. Wszystko spoko, tylko… ścieżek już nie ma, zostały zniszczone przez morze i zatonęły w Atlantyku na zawsze.

Ścieżki, których nie ma ...
S.O.S  
Po powrocie z klifów, obie jesteśmy wykończone, a tu przychodzi nam powrotem zmierzyć się z wiatrem i namiotem. Krótko mówiąc: masakra. Nie wyobrażamy sobie nocy na klifach, wiatr jest zbyt silny, a tu jeszcze zaczyna padać. Nagle pojawia się jednak światełko w tunelu! Z pobliskiego domu wyłania się dobrze znajoma nam twarz! Niestety nie pamiętam imienia tej kobiety, więc będę pisać po prostu „kobieta”. Krótko mówiąc, jej syn przenosi nasz rozklekotany namiot do ich osłoniętego przez wysoki żywopłot ogrodu i mało tego! Obie jesteśmy zaproszone na imprezę! „Kobieta” mieszka w raz z rodziną w Niemczech jednak co roku przyjeżdżają na wakacje do Irlandii i akurat dzisiaj urządzają imprezkę rodzinną!


Wchodzimy do ciepłego domku, daleko od targającego wiatru i deszczu. W środku siedzą te same dzieciaki z którymi jechaliśmy busem, a w kominku płonie ogień. Wszyscy przygotowują stół i przynoszą mnóstwo jedzenia, które nie jest pasztetem! Pierwszy (i ostatni) raz w życiu jem małże, te same które zebrali dzisiaj na plaży i sałatkę z wodorostów, też zebranych na plaży. Wodorosty śmiesznie chrupią mi w ustach i zmieszane z pomidorami całkiem nieźle smakują (lepiej niż małże). Z Heleną (córką „kobiety”, która nas uratowała) rozmawiam o rzeźbionych świeczkach. Wszyscy śmieją się i impreza rozkręca się na dobre.

Nasi wybawiciele.... :)
Dzień zakończył się fantastycznie. Byłyśmy jak te małe, srebrne rybki w kałuży w Youghal. Ci, ludzie nie musieli nam pomagać, nie musieli dawać nam jeść, przenosić namiotu, czy nawet podwozić na stopa, zrobili to bo chcieli nam pomóc. Tak jak ruda kobieta z fartuchem wrzucająca leżące na brzegu ryby z powrotem do oceanu.

God Bless the Ireland!

* God bless the Ireland! - Niech Bóg błogosławi Irlandię!
Autostopem po Zielonej Wyspie, 2013

13 komentarzy:

  1. Przeepicka <3 Chmurka, jesteś zajebista :3

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak to jest, że jak czytam Twoje notki to nie mogę się od nich oderwać? :D
    Zazdroszczę wycieczki, sama wybrałabym się na taką :)

    beti!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Mam nadzieję, że kiedyś ja przeczytam twoje notki z twoich wyjazdów :)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  3. Dobre!
    Niech żyją rude kobiety w fartuchu wrzucające leżące na brzegu ryby z powrotem do oceanu!!! I... pasztet... oczywiście!
    Fajny pomysł kompozycyjny z tymi rybami.Niech żyją ryby! :):):)

    OdpowiedzUsuń
  4. 2016 czytań.To już coś. Gratulacje!Powodzenia!Czekam na nowe teksty!

    OdpowiedzUsuń
  5. Widać, że podróż była naprawdę ciekawa i świetna :) Jestem ciekawa jak ta sałatka z wodorostów smakuje :D No i oczywiście zazdroszczę takiej wycieczki! ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Powinnaś wstawiać większe zdjęcia, bo wydają się naprawdę fajne :) Pozdrawiam !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo :) Na zdjęcia wystarczy kliknąć, wtedy otworzą się w pełnej wielkości :)
      Również pozdrawiam! :)

      Usuń
  7. Jakimś dziwnym sposobem jakby o części Twoich przygód w Irlandii dowiedziałam się z bloga zamiast od Ciebie bezpośrednio, więc smutek. Ale jestem w stanie Ci to wybaczyć, ponieważ nawet jeśli nasze rozmowy miały zaczynać się od tematu Irlandii, kończyło się...różnie. Nieoczekiwanie. W każdym bądź razie, obie wiemy jak XD
    No tak, moja droga, jak zawsze na żywioł. Co tam paszport. Co tam hajse. Nobody cares, kiedy szykuje się coś fajnego : D
    Wiem, na fejsie już Ci o tym pisałam, ale, że okazyjnie lubię dopieszczać (tak, tylko okazyjnie) - za ten styl prowadzenia pisania notek można by Ci dać...nagrodę, jak nic. *Blogowelove*
    Co do pasztetu - on jest gwiazdą wszędzie. I nie po tygodniu masz tę świadomość, że jesteś w podróży, tylko po...czterech dniach w Bieszczadach. Tyle pasztetu, wszędzie pasztet.
    Pozostaje mi tylko żywić nadzieję, że me oczy również ujrzą te przecudne widoki... żeby los sprzyjał...!
    Podpisano : Wiesz Kto

    P.S. Aż mi się przypomniało, jak do mnie zadzwoniłaś chyba z jakiejś knajpy. Akurat wtedy prasowałam. Byłam zła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana :D Ty wiesz, że mam bogate plany wakacyjne i co więcej te plany Cię uwzględniają :) Także szykuj się, ceruj śpiwór i jedziemy :) Ja również mam nadzieję, że los będzie nam sprzyjał :)

      Usuń
  8. Hej :) Super notka (jak wszystkie), ale mnie interesuje cos troche innego.Wiem ze dostalas indeks? na jakis uniwerek w GB :) Opowiesz o tym ??

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście :) Był to konkurs stypendialny organizowany przez University of Aberystwyth w Walii. Jeśli możesz to napisz do mnie na E-mail: chmurk_a@interia.pl to opisze ci szerzej i bardziej szczegółowo samo stypendium jak i cały przebieg konkursu. Wyślę ci też odpowiednie strony internetowe :)
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  9. Cześć, na facebooku w grupie dla blogerów wkleiłaś swój link na bloga, masz może ochotę na wspólną obserwację?

    Daj znać ;) pozdrawiam ;* www.ilonastejbach.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń