sobota, 5 kwietnia 2014

Ring of hitchhike! - Goodbye Kerry!

Mgła. Gdy świat otulony jest mgłą wszystko wygląda inaczej. Klify zamiast do oceanu spadały w mleczne, puchowe chmury, które całkowicie zasłaniały morze. Deszcz sączył się z nieba, a wiatr smagał nas kropelkami wody po twarzy zostawiając mi zacieki na okularach. Schodziłyśmy z zielonych wzgórz Valentii, zostawiając za sobą naszą niemiecką rodzinkę. Ale wszystko po kolei!


Gdy się obudziłam było zimno i mokro. W nocy spadł deszcz i nasz namiot trochę przemókł, a razem z nim plecaki, ciuchy i my. Co prawda nie ociekaliśmy wodą, ale wszystko było nieprzyjemnie wilgotne, a to skutecznie zniechęcało do jakiegokolwiek działania. Gdy wreszcie jakimś cudem wystawiłam głowę z namiotu, z nieba padał lekki deszczyk, a  wokół unosiła się śnieżno-biała zasłona mgły. Iście irlandzka pogoda! Ale i tak miałyśmy szczęście, bo gdybyśmy spędziły tę noc na klifach sytuacja byłaby najpewniej opłakana. A tak czekała na nas kolejna miła niespodzianka! „Kobieta” zaprosiła nas na śniadanie! Tak śniadanie! To nie był chleb z pasztetem, tylko prawdziwe ciepłe śniadanko z grzankami, serem, dżemem i herbatką! W ciepłym domku z kominkiem, obok klifów. Wspaniale rozpoczęty dzień! Po śniadaniu nasza rodzinka zaproponowała nam jeszcze żebyśmy wzięły prysznic, nasza higiena, a raczej jej brak chyba dawał o sobie znać J


Po wyściskaniu się nawzajem i spakowaniu przemoczonego namiotu ruszyłyśmy z Natalką w dół wyspy w kierunku mostu przez który się tu dostałyśmy. Wiatr smagał nas drobinkami wody po twarzach, a klify tonęły w białym mleku mgły. Wlekłyśmy się w dół wzdłuż miejscami nieutwardzonej jezdni, po drodze zatrzymując się na chwilę w Skellig Centre, gdzie kupiłyśmy kilka pocztówek i dżem z Whisky. Wtedy nie wiedziałyśmy jeszcze, że ten krótki postój będzie nas drogo kosztował.


Wyszłyśmy na jedyną drogę prowadzącą do i z Valentii i w deszczu zaczęłyśmy łapać stopa. Przemokłyśmy prawie dokumentnie, ale po niecałej godzinie czekania, zatrzymał się biały Kamper z małżeństwem, które zaoferowało się podrzucić nas do miasteczka Cahersiveen, mimo tego że jechali w innym kierunku! Miło było wreszcie poczuć trochę ciepła! Jednak naprawdę gorąco zrobiło nam się kiedy wyszłyśmy na stacji benzynowej w Cahersiveen i okazało się, że czegoś nam brakuje… namiot… nie było go z nami… 
a wcześniej był! W mojej głowie nastąpił szybki restart dzisiejszego dnia. Zobaczyłam jak schodzimy z klifów, wchodzimy do Skellig Centre, kładziemy namiot przy drzwiach i… wychodzimy bez niego. Aaaaa!!

Cahersiveen, bez naszego namiotu :(
Utrata namiotu przeważa szalę goryczy, Natalka chce wracać do Youghal, a ja chce jechać dalej. Mamy mały konflikt interesów, ale w końcu dogadujemy się, że dzisiaj wrócimy do Wojtka, a ja następnego dnia pojadę dalej. No dobra! Jest plan! Teraz pora na wykonanie! Po zjedzeniu ostatnich kromek chleba stajemy przy warsztacie samochodowym i łapiemy stopa do Killorglin, które jest ostatnim miasteczkiem na szlaku Ring of Kerry. Dotarłyśmy tutaj akurat kilka dni po zakończeniu festiwalu Puck Fair, na którym mieszkańcy Killorglin obwołują królem miasta dzikiego kozła. Przed festiwalem grupa śmiałków wybiera się w góry, aby najpierw złapać potencjalnego „króla”, a potem po festiwalu zwierze jest z powrotem wypuszczane na wolność. Cóż… chyba można sobie wyobrazić ogrom imprezy odbywającej się w czasie kozich rządów  J


Mijając ostatnie wyrzeźbione kozły i chorągwie wychodzimy na wylotówkę z Killorglin i w tym miejscu żegnamy się z Ring of Kerry, przejechałyśmy całą tą trasę, ale mi wciąż jest mało. Nie da się w kilku artykułach oddać całego piękna i magii tego miejsca, całej życzliwości która nas spotkała i wszystkiego co przeżyłyśmy. Wiem jedno, że jeszcze na pewno tu wrócę. W tym hrabstwie ciągle jest coś nowego do oglądania i odkrywania, a każdy zaułek otwiera drzwi do innego, nowego świata, który posiada swoje własne prawa. Chociaż, w sumie to samo podróżowanie ma swoją odrębną rzeczywistość, taką w której wszystko zachodzi ciągiem, ciągiem, który jest jak domino. Gdy uderzy się jeden kawałek wszystko nagle toczy się dalej i spada potrącając za sobą kolejne klocki. Tak samo z podróżowaniem, jedna rzecz daje kopa drugiej i wszystko już leci napędzane odwiecznym prawem ruchu.


Obrałyśmy wybitnie niekorzystne miejsce na łapanie stopa, bo było to na zakręcie, a na dodatek dalszą drogę szczelnie zasłaniał wysoki, kamienny mur. A jednak! Nagle zatrzymał się czerwony Fiat, tworząc przy okazji za sobą mały korek.
- Będę na was czekał za zakrętem! – rzucił kierowca i odjechał, widząc że zatamował drogę ciężarówce.
No dobra, bierzemy plecaki idziemy posłusznie za zakręt, nie do końca pewne czy mówił akurat do nas, no ale. Okazało się, że jednak tak! Gdy doszłyśmy, gościu stał już przy samochodzie i robił w bagażniku miejsce na nasze plecaki! Okazało się, że jedzie prosto do Cork! A właściwie to do miasteczka obok Cork, ale mamy stopa na 100 km i to nas jara! Aaron, bo tak nazywał się nasz kierowca, pochodził z Newcastle w Anglii, ale miał Irlandzkie korzenie i zdecydował się zamieszkać na Zielonej Wyspie. Mówił, że przyjechał tu kompletnie bez niczego, z małym zapasem pieniędzy i teraz jeździ od miasta do miasta po festynach i sprzedaje zwierzątka robione z balonów. Mówił o sobie Aaron the Balloonman i całą drogę nawijał jak katarynka. Najpierw opowiadał o lampach używanych przez górników z Newcastle i o tym jak zbojkotowali oni nowe, potem opowiadał o swoim przybyciu do Irlandii i poszukiwaniu pracy, następnie śpiewał piosenki a zakończył na streszczeniu tego co robił przez ostatnie dni. Otóż Aaron właśnie wracał od kolegi astronoma, z którym przez cały weekend robił zdjęcia nocnego nieba.


Wjechaliśmy do hrabstwa Cork, gdy Aaron zatrzymał się nagle w maleńkiej wiosce, składającej się z czterech domów, sklepu i pubu. Wyłączył silnik i spojrzał na mnie, ja spojrzałam na niego, nasze spojrzenia skrzyżowały się, zapadła cisza przerywana tylko brzęczeniem muchy, czas stanął.
- Chodźmy coś zjeść! – zawołał i wyszedł z auta, a czas znowu popłynął.
Gdy siedzieliśmy w pubie, Balloonman doszedł to tego, że zna symbol widniejący na mojej koszulce, a było to czerwone serduszko wielkiej orkiestry! Powiedział, że słyszał o WOŚP-ie i nawet widział kwestujących wolontariuszy w Anglii! Świat mimo swoich 40 750 km średnicy jest jednak mały!


Aaron the Balloonman wysadził nas w miasteczku kilkanaście kilometrów od Cork i odjechał w stronę wybrzeża swoim czerwonym Fiatem, my natomiast, niecałe pięć minut później załapałyśmy stopa prosto do miasta. Nasz kierowca zdziwił się wielce, że nigdy nie widziałyśmy uniwersytetu w Cork i specjalnie przewiózł nas przez miasteczko uniwersyteckie. Cały Campus miał swoją własną dzielnicę, a stary uniwersytet zbudowany był z szarych kamieni. Po przejażdżce przez Cork wylądowałyśmy na dworcu z biletem autobusowym do Youghal, jednak to nie był jeszcze koniec naszych przygód…


Siedziałyśmy na ławce i jadłyśmy chleb z dżemem, gdy nagle podszedł do nas dość dziwny, chwiejący się na boki koleś. Przystanął przy mnie i bardzo niewyraźnym głosem zapytał czy mogłabym mu coś potrzymać, bo chciałby sobie zawiązać buta. No dobra, facet wyglądał dziwnie, ale ostatecznie, co mi szkodzi? Wyciągnęłam rękę, a on wysypał mi na nią działkę zmielonej marihuany! No bez jaj! Na środku zatłoczonego dworca autobusowego, w drugim największym mieście Irlandii koleś zaczął kręcić sobie blanta na mojej ręce! Ta sytuacja nie była normalna. Po zwinięciu wszystkiego spytał jeszcze czy chce sobie pyknąć, ale widząc stan w jakim był podziękowałam.


Cóż, ten dzień był pełen niespodzianek i nagłych zwrotów akcji. Przejechałyśmy dwa hrabstwa i spotkaliśmy mnóstwo zwariowanych ludzi, może nie licząc tego ostatniego entuzjasty rolowania jointów na czyjś rękach. J Gdy dojechałyśmy wreszcie do Wojtka delikatnie przekazałyśmy mu wiadomość o namiocie, a potem Natalka z westchnieniem ulgi wzięła prysznic, a ja z zaparzoną kawą i piorącymi się łachami zaczęłam przygotowywać się na podróż do Galway, ale Galway to już jest inna historia i opowiem ją innym razem.

6 komentarzy:

  1. Zajebista jak zawsze <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękna ta Wasza Irlandia :)
    Fajnie piszesz - tak trochę w "naszym" stylu.
    Pozdrawiam, Asia z Halika

    OdpowiedzUsuń
  3. Magdo,czyta się te Twoje opowieści z przyjemnością.Masz ogromne poczucie humoru.Tak trzymaj.

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękne te zdjęcia i opowieści :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Piękna Irlandia, klify i ten klimat... Nas też niesamowicie tam ciągnie :) Póki co nie jest nam po drodze. Będziemy śledzić Twojego bloga, czekamy na więcej! :)

    OdpowiedzUsuń