piątek, 26 grudnia 2014

Z plecakiem do Bośni!

Nie wiem na czym polegał ten fenomen, ale od czasu kiedy pożegnałyśmy się z Martą w Budvie (chyba jedynym rozwiniętym kurorcie czarnogórskim, gdzie spałyśmy pomiędzy skałami na plaży i ochraniałyśmy plecaki przed małymi cygańskimi dziećmi), zaczęła się troszkę wybujała jazda chwilami bez trzymanki. Jednak pomimo kilku lekko stresujących incydentów na mimo wszystko malowniczych Czarnogórskich i Bośniackich drogach wszystko skończyło się dobrze. A jak było? Posłuchajcie…

Budva, Czarnogóra.
Rozstałyśmy się rano, dnia nie pamiętam którego bo było to już pół roku temu. Noc spędziłyśmy pomiędzy skałami, na promenadzie ciągnącej się przy plaży. Z jednej strony miałyśmy pionowe skały, z drugiej w miarę spokojne morze i gdzieniegdzie wystające z wody wygładzone skały. Budva, pełna jest turystów, z niewiadomych mi przyczyn pielgrzymów i … małych żebrzących cygańskich dzieci. Ale mniejsza teraz z Budvą, o niej opowiem innym razem, bo to zupełnie inna historia. Po nocy na plaży, wykąpałyśmy się po raz ostatni w Adriatyku, zebrałam trochę piasku do siatki i potem każda poszła w swoją stronę. Marta w stronę Albanii i Grecji, a ja Bośni, umówiłyśmy się, że za około tydzień spotkamy się Belgradzie. Przed wyjazdem z Budvy zdążyłam kupić jeszcze 750 gramów marmolady morelowej co przeklinałyśmy obie przez następne 2 tygodnie.

Promenada w Budvie, gdzie spędziłyśmy noc między skałami, Czarnogóra.
Jaja zaczęły się już w momencie gdy ruszyłam w stronę wylotówki na Kotor. Idę sobie spokojnie, a tu jakiś koleś przybiega do mnie i od razu oferuje podwózkę, akurat do Kotoru! Wszystko pięknie, ładnie, ładuję się do auta i ruszamy! Po kilku minutach mam ochotę wyskoczyć z jadącego samochodu. Sytuacja jest dość irracjonalna, niestety szanowny Pan wyciągnął zbyt pochopne wnioski co do mojej profesji. Przekonany, że uprawiam najstarszy zawód świata, ściąga gatki i dokonuje prezentacji, że tak to ujmę… obnaża się. Cóż, nie jestem zachwycona zaistniałą sytuacją, dlatego delikatnie sugeruję kierowcy, że nie jestem zainteresowana. Tymczasem w mojej głowie „Koleś no co ty?! Powaliło cię?! Zakładaj te gacie z powrotem! Cholera jasna!!! Matko gwałciciel!! Już po mnie wypatroszy mnie i wywali do rowu, zginę, zginę!!”. Pan jednak nie daje za wygraną, chwyta mnie za rękę i usiłuję, jakby to powiedzieć wykonać robotę ze mnie, ale moją ręką! Wyrywam się i nagle wypalam, że jestem lesbijką i nie kręcą mnie faceci. Na co kierowca odpowiada, że może mi się odmieni i przerzucę się z powrotem na chłopaków ( Jezus Maria! ). W końcu jednak koleś daje za wygraną i wyrzuca mnie na przystanku autobusowym, zawraca i tyle go widziałam. Z Panem Bogiem!

Okolice dworca autobusowego, i wylotówki na Budvę, Kotor.
Po zadzwonieniu do Marty, wyrzuceniu z siebie historii o zboczeńcu i zapłaceniu 15 zł za minutę łapię kolejne auto. Tirowiec podwozi mnie do Kotorzu, który tym razem tylko przechodzę i łapię stopa na drogę do Bośni.
- Jesteś sama? – pyta kierowca.

- Tak – odpowiadam. 
- Masz czarny pas w Karate?
- Eee… nie…
- Powaliło cię? – pyta i zaczyna wygłaszać teorię na temat bezwartościowości chleba. Twierdzi, że chleb to narkotyk, bo jemy go codziennie, a tak naprawdę to go nie potrzebujemy ,bo nie zawiera prawie żadnych składników odżywczych. Wniosek? Wszyscy jesteśmy narkomanami, uzależnionymi od chleba. Facet daje mi swój numer telefonu i mówi, że pracuje na tankowcu, co jest w sumie popularnych zajęciem wśród Czarnogórców. Po chwili wysadza mnie na skrzyżowaniu, a sam jedzie do Herceg Novi. Nie czekam długo i łapię kolejne auto, kierowca znowu nie może się nadziwić, że jestem sama. Jest w takim szoku, że aż wyciąga telefon i dzwoni do swojej żony i brata, aby im o tym opowiedzieć. Wysadza mnie po chwili na drodze do granicy, życząc wszystkiego dobrego. Również mu życzę i łapię tira jadącego do Bośni, ale do jakiegoś zadupia i decyduję się wysiąść kilka kilometrów przed granicą i spróbować złapać coś do Trebinje.


Ja na drodzę! :)
Przez dwie godziny, wszyscy przejeżdżają mając mnie w głębokim poważaniu, potem cisza kompletne nic, kładę się więc na plecaku, o auto! Tylko, kierowca bardziej żeniaczką zainteresowany niż Bośnią. Trudno, spławiam gościa, na szczęście odjeżdża i czekam dalej. Zaczynam się zastanawiać czy może fakt, że stoję kilka kilometrów przed punktem granicznym ma tu jakieś znaczenie, zdesperowana wyciągam paszport i łapię stopa trzymając go w ręce. W końcu po chyba 2 czy 3 godzinach zatrzymuje się Macedoński tir, jadący do Mostaru! Fart stulecia! Akurat w Mostarze czeka na mnie Goran, poznany na Couchsurfing’u, u którego mam nocować! Ładuję się do auta i jedziemy! Tylko po kilku minutach zatrzymujemy się na granicy. Okazuje się, że nie stałam kilka kilometrów przed granicą tylko co najwyżej kilometr, jeśli nie kilkaset metrów.

Tak wita nas Bośnia, znaczy... Republika Serbska!
Nie mam pojęcia co się dzieję, rozmawiam z ludźmi Polsko-Serbsko-Ruskim, gdzie ruski ogranicza się do Haraszo i Ja nie panimaju, a Serbski do Ljepko (Pięknie). Muszę wyjść z auta, podchodzę do jakiegoś okienka, gdzie celnik nie ogarnia bardziej niż ja, gapi się na mnie jak sroka w gnat, Tahir (mój kierowca) podbija jakieś papiery i każe mi zostać. Sam odchodzi do drugiego okienka, w końcu celnik bierze mój paszport, wywala oczy i pyta się mnie czy jestem sama, odpowiadam, że jestem w tirze-e i wtedy zaczyna się robić ciekawie. Celnik czerwienieje na twarzy i widzę, że trafia go wewnętrzny szlag. Wychodzi z okienka i idzie do Tahira, wydziera się na niego. Okazuje się, że koleś powiedział, że podróżuje sam, a tu nagle ja, niespodzianka! Prawie robie w gacie, już sobie wyobrażam jak zostaję sama na granicy, bo wywalą mnie z tego Tira, albo deportują cholera wie gdzie! Jednak celnik po wydarciu się na Tahira i ustalenia swojej wyższości oraz otrzymaniu od Tahira łapówki, przymyka oko i wypuszcza nas z Czarnogóry. Vidimo Se Crna Goro, do zobaczenia, Nara! Fajnie było i jeszcze napiszę o tobie artykuł bo jesteś piękna i pokręcona, jak twoje drogi.

Droga...
Samo miejsce w którym znajdowała się ta granica było niesamowite, była to niezbyt dobrze utrzymana droga wijąca się na górskim zboczu, tak, że z jednej strony była ostra skarpa, a z drugiej przepaść i dolina z wysokimi górami po drugiej stronie. Tymczasem, przejechaliśmy przez pas ziemi niczyjej i znaleźliśmy się na punkcie bośniackim, gdzie trzepoce… serbska flaga! Pytam Tahira, co to ma znaczyć, a on na to, że wjeżdżamy do części Bośni zamieszkałej przez Serbów tzw. Republiki Serbskiej. Warto wspomnieć, że Bośnia podzielona jest na trzy umowne prowincje : Bośnię, Hercegowiną i właśnie Republikę Serbską, jest to kraj tak bardzo zróżnicowany pod względem etnicznym i kulturowym, że często dochodzi do spięć i nieprzyjemności na tym tle, ale o tym opowiem innym razem gdy będziemy w Mostarze i Sarajewie, bo póki co musimy tam jeszcze dojechać.

Droga...
Stajemy na granicy i czekamy… czekaaamy. W końcu przychodzi gruby strażnik i każe podejść do budki, dajemy mu nasze paszporty. Koleś patrzy na mnie tak jakby chciał mnie rozwalić, ale Tahir daje mu łapówkę. W końcu wbija pieczątki i przejeżdżamy do kolejnego punktu. Tym razem mężczyzna twierdzi, że nie muszę wychodzić na zewnątrz, bo chodzi tylko o dokumenty Tira. Super, Jaram się! Przejechaliśmy! Jestem w Boś…

- POLAK!!!!!!!! – słyszę krzyk i wychylam się przez okno czekając na odstrzał. Podchodzi roześmiany od ucha do ucha celnik. – Ja maju piatdesjat zlotych wymienisz ta mnjie na jewra?
Chłopie, mogę ci najwyżej dać trochę marmolady morelowej.
 
Droga...
Wreszcie wyjeżdżamy z granicy i jesteśmy w Bośni! Znaczy… w Republice Serbskiej! Wszędzie serbskie flagi i ani żywego ducha, przejeżdżamy zniszczonymi, ale malowniczymi drogami, a wszędzie tylko góry i krzaki. Ludzie mieszkający w Bośni nie lubią gdy generalizuje się ich mówiąc „Bośniacy”, to duży błąd. Bośnia pełna jest też Hercegowińców, Serbów, Muzułmanów, Czarnogórców, Chorwatów i ludzi innych narodowości, oraz religii których teraz nie potrafię wymienić. To jedyna taka w Europie mieszanka, która sprawia, że Bośnia jest krajem zawieszonym zupełnie w innej rzeczywistości niż reszta Europy, wszystko tutaj jest dziwne, niezbyt zrozumiałe i pokiereszowane wojną, a Sarajevo śni na jawie, jakby zatrzymane. Tahir namawia mnie, żebym jechała z nim pod Mostar, bo w Trebinje nie złapię następnego auta niemalże na pewno, twierdzi że ruch jest znikomy. Z początku wolę wysiąść, bo chciałam zobaczyć to miasto, ale zaraz potem myślę o drodze, staniu, czekaniu, denerwowaniu się, spaniu na dworcu… ehh.. jadę do Mostaru, chrzanić to.
I znowu droga ;)
 Jakiś czas potem cieszę się, że podjęłam taka decyzję, bo jedziemy z Trebinje już kilka godzin a minęliśmy 2 samochody. Naokoło nic, tylko czasem krowy, góry porośnięte krzewami, wciąż jeszcze zaminowane, udeptane drogi na poboczach, krzaki i serbska muzyka w radiu. Widzę wioskę za oknem i szpile minaretów celujące w niebo jak żołnierz z kałacha. Przez drogę przepełzują żmije (Nie żartuję serio, było ich więcej niż samochodów J ). Niestety nie udaje mi się dojechać tego samego dnia do Mostaru. Zatrzymujemy się z Tahirem w Grude, stacji postojowej tirowców, gdzie spotykamy się z jego bratem. Idziemy do knajpki zjeść coś dobrego na kolację, bo zaczynało się już ściemniać. Brat Tahira próbuje zagadać do mnie po niemiecku, ale mój niemiecki nie istnieje. Jednak ten nie zrażony próbuje później jeszcze wiele razy. Jem Ćevapčići danie które kocham, a które składa się z kiełbasek, bułki i surowej cebuli, ale jest niesamowite i moje serce należy do niego. Podejrzewam, że jego sekret tkwi w kiełbaskach z mielonego mięsa, mają naprawdę niepowtarzalny, leciutko pikantny smak <3. Ćevapčići je się na całych Bałkanach i w Rumunii, ale danie to wywodzi się z Bośni, konkretnie z Sarajeva gdzie istnieją knajpki specjalizujące się tylko w nim.

Jeszcze raz droga!
- Tutaj w Grude – gadał brat Tahira – mieszkają Bośniacy i Chorwaci,  pięć lat temu była wielka strzelanina. Ten koleś miał w sobie coś bardzo dziwnego, zachowywał się dziwnie, mówił bardzo wolno, jak Ojciec Chrzestny. Przy tym zawsze patrzył w oczy, tak że jego spojrzenie w końcu stawało się ciężkie. Gdy widać już po mnie było, że czuję się skrępowana, uśmiechał się lekko triumfując. Potem dowiaduję się, że jeździł Tirem do Turcji, Syrii i Iranu.
Zrobiło się ciemno, jak jeszcze siedzieliśmy w knajpie, a ja wreszcie poczułam się zmęczona wrażeniami całego dnia. Tahir zaproponował mi nocleg w swoim Tirze, wizja spania z nim w samochodzie lekko mnie zestresowała, ale wolałam już to niż leżenie gdzieś w krzakach. Następnego dnia jego brat obiecał zabrać mnie do Mostaru, spoko. 

Mury w Mostarze
Przepraszam bardzo za jakość zdjęć, ale większość z nich była robiona komórką :) 

13 komentarzy:

  1. Podziwiam Cię Magdeł za odwagę i determinację <3 Więcej takich ! :3

    OdpowiedzUsuń
  2. i co z tego, że telefonem. I tak oddają klimat :)

    OdpowiedzUsuń
  3. No to miałaś ciekawe przygody krótko mówiąc, grunt że wszystko dobrze się skończyło :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo fajnie wszystko opisujesz ciekawie się czyta twoja relacje. Jesteś niesamowicie odważna, jako kobieta sama w takiej podróży. Zdjęcia też piękne - słońce i niesamowite widoki. Pozdrawiam z pochmurnej Irlandii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo! :) w okolicy Carlow, konkretnie w Newbridge mieszka mój brat z rodziną :) Świat jest mały !

      Usuń
  5. Świetna relacja, to już kolejna, którą z miłą chęcią pochłaniam do porannej kawy. ;) A szczególnie interesująco, bo ostatnio czytałam "Odłamki" - Ismet Prcić, książka mocno zapadła w moją pamięć. Zwłaszcza Twoje ostatnie zdjęcie, mocno mi do tego obrazu czytelniczej podróży pasuje... Jesteś niesamowitą osobą, odważną i ciekawą świata, to się czuje w Twoich postach. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziekuję! Planuje napisac o Bośni coś więcej bo spędziłam tam naprawdę niesamowite chwile a takiego drugiego kraju w Europie po prostu nie ma.

      Usuń
  6. Historia ze zboczeńcem - płakałam ze śmiechu :D
    ale zazdroszczę takiej podróży! :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Wow. Stresująca wycieczka. Chętnie zobaczyłaby te pękne widoki, ale z pewnością nie wybrałabym się tam sama. Znajomi bez przerwy straszą mnie, że w Czarnogórze porywają masę ludzi :p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A tam ja pojechałam i żyje :) Czarnogóra jest superowa właśnie szykuje o niej wpis. Polecam samemu się wybrać, ale to prawda, że lepiej podróżować z kimś niż niż w pojedynkę bo czarnogorcy naprawdę są niewyzyci :)

      Usuń
  8. Ło matko! Niesamowita historia, ale szczerze zazdroszczę bardzo bardzo mocnych nerwów... To stanowczo nie dla mnie ;)

    OdpowiedzUsuń